Jak co tydzień, prezentuję Wam kolejny wpis z mojego blogowego cyklu ''Co jadłam w czwartek?'', w którym prezentuję wszystkie zjedzone przeze mnie posiłki w przeciągu całego dnia. Oczywiście nadal w oparciu o dietę 2000 kcal, choć nie wiem, czy to wciąż dobry pomysł, bo np. dzisiaj byłam zmuszona zwrócić do sklepu spodnie, które pokazywałam Wam w jednym z ostatnich wpisów. Bardzo dziwne, że skurczyły się, mimo, że jeszcze ich nie prałam (...). Udało mi się też w końcu spróbować nowych mcdonaldowych lodówMcflurry z batonem Mars, choć szczerze przyznam, szału nie ma (mcflurry z chałwą - wróć! <3). A Wy, próbowaliście już ich? :)
Śniadanie: bułka mleczna (80g) z margaryną, kurczakiem gotowanym, pomidorem, ogórkiem/margaryną, twarogiem półtłustym, miodem (40g), bananem - ok. 550 kcal
II śniadanie: gruszka, pasek dużej czekolady Milka z kremem kakaowym i herbatnikiem, ciasteczko owsiane z czekoladą - ok. 350 kcal
Obiad: smażona pierś z kurczaka (150g) z serowym sosem z gorgonzoli (50g) i śmietany 36% (15g), ziemniaczki gotowane, sałatka z awokado i pomidorów - ok. 600 kcal
Kolacja: lody Mcflurry Mars - ok. 450 kcal (wg producenta)
Jak często można być przeziębionym w przeciągu (przeklęte przeciągi!) kilku tygodni? Dobra, wiem, że pół litra lodów na kolacje nie jest mądrym pomysłem, nie tylko ze względów wartościowych. Niezałożenie kurtki po wyjściu z pracy o 21, bo właśnie rozmawiam przez telefon i popijam zimną colą prosto z lodówki również nie należy do najrozsądniejszych(...). Oczywiście, uporczywy katar, ból gardła i zatok mogłabym przypisywać pyleniu lipy, pech jednak chcę, że w maju najsilniej pyli dąb, którego w okolicy jak na lekarstwo. No to lipa.
Dziś jednak nie będzie o lipie, dębie czy innych brzozach, a o...klonie! ;) A dokładniej, syropie klonowym, który idealnie pasuje do pysznych naleśników orkiszowych. :) Należąca do najzdrowszych z mąk, mąka orkiszowa nadaje naleśnikowym plackom wspaniały, lekko orzechowy smak. Najlepiej, jeśli użyjecie mąki orkiszowej jasnej, dzięki czemu Wasze naleśniczki będą delikatne jak te, usmażone ze standardowej, pszennej mąki. Naleśniki możecie nadziać swoim ulubionym, dowolnym nadzieniem (może być też wytrawne!) - ja postawiłam na sernikowy twarożek oraz banany i borówki. A, no i duuużoo syropu klonowego. :)
Naleśniki orkiszowe /ok. 6 dużych naleśników/
60 g mąki orkiszowej (ok. 4 pełne łyżki)
szczypta soli
1 łyżka cukru wanilinowego
1 jajko
150 ml mleka
15 g roztopionego masła
Na patelni, na której będą smażone naleśniki roztopić masło, odstawić. Do miski wsypać mąkę, sól i cukier. Dodać jajko i mleko, zmiksować. Dodać lekko ostudzone, roztopione masło i zmiksować wszystko na gładko. Patelnię natłuszczoną roztopionym wcześniej masłem dobrze rozgrzać. Na mocno rozgrzaną, wylewać po niepełnej chochelce ciasta naleśnikowego, smażyć naleśniki do zrumienienia z jednej strony, przewrócić na drugą i chwileczkę podsmażyć. Od razu nadziewać, podawać i jeść. :)
Bywa, że czasem tęsknie za Paryżem, choć nie jestem pewna, czy można tęsknić za czymś, czego się nie poznało i nie oswoiło. Bo ponoć ''poznaje się tylko to, co się oswoi''. Tęsknota jednak to też wspomnienia, na których korzyść działa czas - im bardziej odległe, tym lepsze. Ciut podkolorowane, ciut przekłamane. Ale przecież bez nich, dzisiejsze wzruszenia byłyby tylko martwych naskórkiem dawnych uniesień...
Mimo, że większości z Was francuskie śniadanie kojarzy się z croissantami, czyli rogalikami z kruchego, ''listkującego się'' ciasta, dla mnie i tak symbolem Francji powinna zostać maślana brioche. Brioche, to taka puchata, francuska chałka - z tym, że bez kruszonki i z dwukrotnie większą ilością masła. Nie zaplata się jej tez w warkocz - a wypieka w formie chlebków, bułek, bułeczek i...rogalików! Bywają nadziewane czekoladą, truskawkowym dżemem czy rodzynkami, obsypane perlistym cukrem... Najpopularniejsze są jednak te bez dodatków, które dopiero przy śniadaniu smarujemy ulubioną konfiturą lub masłem i popijając kawą, rozkoszujemy się niespiesznym porankiem...
Rogaliki przygotowałam z mojego ulubionego przepisu na błyskawiczną brioche idealną. Poważnie, potrzebujecie wyłącznie godzinę, by o poranku cieszyć się smakiem ciepłych, mięciutkich rogalików. Ciasto wyrasta tylko raz, więc od razu potem można je piec! Czy to nie wspaniały pomysł, by tak rozpocząć weekend? :)
Rogaliki brioche /8 dużych rogali - ok 100 g/sztuka/ (wartość energetyczna 1 rogala - ok. 330 kcal)
500g mąki
1 opakowanie drożdży instant
250 ml ciepłego mleka
1 jajko
70 g masła (miękkiego lub rozpuszczonego)
5 łyżek cukru
szczypta soli
Wszystkie składniki, poza masłem, zagniatamy. Jak zacznie się formować kula, dodajemy rozpuszczone masło i porządnie zagniatamy, aż wszystko dobrze się połączy. Ciasto powinno mieć miękką konsystencję plasteliny (jeśli zbytnio się lepi - dosyp mąki). Nie zwlekając, ciasto rozpłaszczamy na okrągły placek o grubości ok. 1,5 cm i dzielimy na 8 części, w kształcie trójkątów (najpierw dzielimy okrąg na krzyż, a potem po przekątnych i wycinamy trójkąciki). Trójkąty zwijamy w rogaliki, od najszerszego boku do najwęższego i układamy je na wyłożonej papierem do pieczenia dużej blaszce z piekarnika. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy na 40 minut w ciepłe miejsce (ja wkładam do uchylonego piekarnika, nastawionego na 50 stopni). Po tym czasie, wierzch rogalików smarujemy rozkłóconym jajkiem i pieczemy je w 180 stopniach, przez 18-20 minut (jeśli wierzch za bardzo się przypieka, przykryj rogaliki kawałkiem folii aluminiowej).
200 zł za orzeczenie lekarskie na prawo jazdy?! Poważnie, czasami żałuję, że mieszkam we Wrocławiu... No, ale jak się już powiedziało A, to trzeba powiedzieć B... ...a dokładniej - kategoria B. W końcu padło i na mnie - zapisałam się na kurs! Co z tego że jeszcze nigdy nie siedziałam za kółkiem - dla mnie to kolejny krok ku niezależności i realizacji marzeń. Uwaga - zanim jednak całkowicie zrezygnujecie z wychodzenia z domów na wrocławskie ulice - po prostu trzymajcie za mnie kciuki! ;) Wracając do tematu...prezentuję kolejny wpis z cotygodniowego cyklu ''Co jadłam w czwartek?'', składającego się ze zdjęć posiłków zjedzonych w ciągu całego dnia, w oparciu o dietę 2000 kcal. Dzisiejszy dzień spędziłam w większości poza domem, uzbrojona jedynie w telefon - stąd też ''instagramowa'' jakość zdjęć. Zwykle mam mały problem z podliczeniem kalorii z dań jedzonych na mieście i szacuję je raczej 'na oko'. Podaję więc przybliżoną kaloryczność (w sumie jak zawsze ;)), ale jeśli macie jakieś uwagi, lub inne oko - po postu podzielcie się tym w komentarzach! :)
Śniadanie: Dwa naleśniki orkiszowe (przepis wkrótce na blogu!) z twarożkiem (200g twarogu sernikowego tłustego + 10g śmietany 36% + łyżka cukru wanilinowego) z połową banana i borówkami amerykańskimi, polane syropem klonowym (30g) + pół naleśnika, zjedzonego zaraz po usmażeniu (850 kcal)
II Śniadanie: średnie jabłko (100 kcal)
Obiad w Multi Food (lubicie takie jedzenie ''na wagę''? ): kurczak z warzywami, w sosie, trochę ryżu z warzywami, smażone ziemniaczki na masełku, pieróg ruski z boczkiem, trochę sałatki greckiej (ok. 570 kcal)
Podwieczorek: jogurt pitny waniliowy (100 kcal)
Kolacja: dwie kanapki z pszennej ciabatty (60g) z margaryną, jajkiem, ogórkiem i majonezem (30g) + kabanos drobiowy i dwa kabanosy wieprzowe (500 kcal)
Razem: ok. 2030 kcal
Aha - jako, że powoli zbliża się czas urlopów, już, jak szalona, biegam po sklepach, poszukując idealnego stroju kąpielowego. Ostatnio prosiliście o zdjęcie mojego brzucha - no cóż... mówicie - macie! :)
Jeszcze tylko kilka tygodni, dni, godzin, a ktoś, spoglądając w niebo na odlatujący samolot, będzie zastanawiał się, dokąd właśnie zmierza.
Ja natomiast, zapięta w pokładowe pasy, będę tym razem wiedzieć, że celem są słoneczne Włochy... :)
Czas przedwakacyjnych oczekiwań wypełniają majówki pod gołym niebem.
Zapach grilla w ogródku, piknik w parku i podwieczorek na tarasie.
Smak pierwszy polskich warzyw i słodkich owoców...
Czy mogłoby się obejśc bez domowego ciasta? :)
Ciacho z rabarbarem to już majowa klasyka gatunku.
Jednak na pewno nie taki SERNIK, jak TEN! :)
Słodko-kwaśny, ciężki i zbity, na spodzie z owsiano-czekoladowych ciasteczek...
Gwarantuję - nic więcej do szczęścia nie trzeba!
No, chyba, że odrobina słońca i troszkę wolnego czasu... :)
Sernik z rabarbarem /keksówka 23x11 cm, ok 10 porcji/ (wartość energetyczna porcji - ok. 350 kcal) spód:
150 g ciastek owsianych w czekoladzie
40 g masła
Masło roztopić w garnku, ciastka pokruszyć na drobny pył. Dodać je do masła, wymieszać i wyłożyć nimi keksówkę wyłożoną papierem do pieczenia. Ciasteczkowy spód podpiec w piekarniku rozgrzanym do 170 stopni, przez 15 minut. W tym czasie przygotować masę serową. masa serowa:
250 g sera ricotta
450 g sera trzykrotnie mielonego półtłustego (używam takiego z wiaderka Piątnica :) )
2 jajka + 1 żółtko
120 g cukru
20 g cukru wanilinowego
50 g śmietany 36%
rabarbar na wierzchu:
ok. 2-3 laski rabarbaru
50 g cukru
Sery zmiksować z cukrem i cukrem wanilinowy. Dodawać po jednym jajku, dokładnie miksując masę po dodaniu każdego. Dodać śmietanę i wszystko razem zmiksować na gładko. Na podpieczony spód wyłożyć masę serową i piec sernik w 160 stopniach, przez godzinę. W tym czasie zabrać się za rabarbar. Rabarbar umyć i pokroić go na paski szerokości foremki, w której piecze się właśnie sernik (u mnie to ok. 11 cm). Pokrojony ułożyć w żaroodpornym naczyniu i zasypać cukrem, aż rabarbar puści sok. Pod koniec pieczenia sernika (20 minut przed końcem) wsadzić do piekarnika jeszcze rabarbar i piec go do miękkości przez 20 minut. Gdy rabarbar ostygnie, ułożyć go (jak na zdjęciach) na wystudzonym serniku i całość polać wytopionym podczas pieczenia syropem rabarbarowym. :)
Zgodnie z obietnicą, prezentuję kolejny wpis z cotygodniowego cyklu ''Co jadłam w czwartek?''. :) Bilans nadal +2000 kcal, a dodatkowo, na koniec macie moją focie z dzisiejszym, dopołudniowym outfitem. :) Dziś, jak na mnie (nie)przystało, będzie bardzo oszczędnie w słowach, bo i tak jestem już spóźniona, a paznokcie schną wieczność.... ;) Moi Mili, Majówkę czas zacząć!
Śniadanie: bułka z siemieniem lnianym (120g) z margaryną i pastą jajeczną (2 jajka + 20g majonezu + sól i pieprz), ogórek, pomidor, 6 plasterków kiełbasy krakowskiej suchej z indyka, kakao (2 kopiaste łyżeczki gorzkiego kakao + 200 ml mleka + 50 ml nutridrinka neutralnego, bo mleko się skończyło...) - ok. 700 kcal
Po śniadaniu: Ciastko domowego wypieku, 100% z mąki żytniej, z orzechami laskowymi, gorzką czekolada i daktylami - ok. 150 kcal
II śniadanie: duuuże jabłko - ok 150 kcal
Obiad: 2 plastry pieczonego schabu (ok. 170g), zapieczone z suszonymi pomidorami w oleju i żółtym serem (2 plasterki), pół woreczka kaszy gryczanej z masłem, zasmażana marchewka z groszkiem, woda z cytryną - ok. 600 kcal
Kolacja: bułeczka maślana (35g) z margaryną, serem ricotta (80g), ogórkiem, bananem i masą krówkową, parówka wieprzowa, ketchup, musztarda, herbata z cytryną - ok. 400 kcal
Jeśli kiedykolwiek sądziłam, że rzadka dostępność dżemów pomarańczowych w sklepach spożywczych spowodowana jest ich wątpliwym, gorzkim smakiem, byłam w wielkim błędzie. Dopóki oczywiście sama nie zabrałam się za zrobienie własnej, pomarańczowej konfitury, poznając przy okazji pięć, różnych sposobów obierania pomarańczy. Stojąc nad ochlapanym od soku blatem i przeklinając swój pomysł w myślach, skrupulatnie ściągałam białe skórki, odpowiedzialne za tę fatalną, dżemową goryczkę. Na własnej skórze (albo skórkach!) odkryłam, że...gorzkie jest tylko samo przygotowanie dżemu! (co tłumaczyłoby jego elitarność na sklepowych pólkach...) Sama konfitura jest bowiem...zaskakująco słodka! Lekko kwaskowa, przyjemnie paląca w język, na kanapce z białym serem komponuje się wyśmienicie. Spróbujcie nadziać nią drożdżowe bułeczki lub ulubione naleśniki! A już w połączeniu z kremem typu Nutella, mmmm... mówię Wam, prawdziwe ''delicje'' (dosłownie i w przenośni ;) ).
Uwierzcie! Słoneczna słodycz konfitury rekompensuje żmudną goryczkę przygotowań. ;) Ze słoiczkiem takiego dżemu w domowej spiżarni, każdy Wasz dzień będzie w kolorze pomarańczy... :)
Przepis z książki ''Cukiernia Lidla'' Pawła Małeckiego Dżem z pomarańczy /ok. 3 średnie słoiczki/
1,5 kg pomarańczy (ok 5 pomarańczy)
500 g cukru
sok z 2 limonek
500 ml wody
Z czterech pomarańczy ocieramy skórkę (tylko wierzchnią, pomarańczową warstwę, bez białej błony). Skórkę odstawiamy na bok, a pomarańcze dokładnie obieramy z białych błon. Z pozostałych pomarańczy też obieramy skórkę (tę skórkę wyrzucamy) i błonki. Wszystkie owoce kroimy w kostkę. W garnku gotujemy wodę z cukrem, do zagotowanego, powstałego syropu wrzucamy pomarańcze oraz obraną skórkę. Gotujemy pod przykryciem 30-40 minut. Następnie zdejmujemy garnek z palnika i pozostawiamy do ostygnięcia (najlepiej na całą noc). Wystudzoną konfiturę smażymy na małym ogniu ok. 1-1,5 godziny aż do momentu, gdy pomarańcze zrobią się szkliste i zaczną nabierać ciemniejszego koloru. Następnie dodajemy sok z limonek i smażymy tak długo aż konfitura nabierze odpowiedniej konsystencji. Jeszcze gorącą konfiturę przekładamy do wyparzonych i osuszonych słoiczków. Mocno zakręcamy, a po całkowitym wystygnięciu pasteryzujemy. Słoiczki umieszczamy w odstępach od siebie, w garnku z wodą (tak, by woda zakrywała trochę ponad ich połowę). Wodę doprowadzamy do wrzenia, a następnie na małym ogniu gotujemy konfitury pod przykryciem ok. 10 minut. Po zakończeniu pasteryzacji, słoiki wyjmujemy z garnka, odwracamy do góry dnem i pozostawiamy do całkowitego wystudzenia.