''Jesteśmy w Mediolanie!'' Kto z Was oglądał pierwszą edycję polskiego programu Top Model, wie, jak entuzjastycznie reagowały bohaterki tegoż telewizyjnego show, kiedy przyleciały do włoskiej stolicy światowej mody.
I my, pewnie z radością krzyczałybyśmy podobnie, gdyby zaraz po dotarciu na miejsce, nie okazało się, że...pamięć aparatu jest pełna! A brak zdjęć z Mediolanu to prawie jak...nie bycie tam wcale! ;)
Musicie mi wierzyć, że znalezienie sklepu typu Media Markt w obcym, dużym mieście, w którym wszyscy mówią po włosku rzewnie przy tym gestykulując, nie jest wcale rzeczą prostą. Wymagające dziwnych logowań wi-fi również nie działa na naszą korzyść, a brak widocznego punktu z informacją turystyczną tym bardziej irytuje.
Mediolan nie poraża, może jedynie promieniami słońca odbijającymi się od placu spod katedry Duomo, przy której atakuje nas mnóstwo czarnoskórych handlarzy, starającymi się nam wepchać ''selfie stick'' (mimo, że mamy swój własny w ręku i właśnie trzaskamy sobie 'selfie'), ziarna kukurydzy lub plecione bransoletki.
Dużo turystów kręci się w pozłacanej galerii z Pradą, Versace i innymi sklepami, na które najmilej tylko popatrzeć. Jednak najpiękniej patrzy się na wszystko z góry - i wcale nie chodzi o bycie wyniosłym! Z dachu katedry Duomo nie widać już zgiełku miasta - to tu w końcu można odetchnąć i...'upatrzyć' sobie miejsce, na popołudniowy lunch. ;)
Urokliwe, spokojne miasteczko Bergamo, znajdujące się w bliskim sąsiedztwie głośnego Mediolanu (i lotniska!), szybko przypada mi do gustu, i to nie tylko ze względu na pyszną pizzę na grubym(!) cieście, sprzedawaną na kawałki, w jednej z wąskich uliczek Citta Alta...
Wolno płynące swoim rytmem Stare Miasto, tak różne od głośnego Mediolanu, zachwyca swoim monumentalnym spokojem, wymieszanym z zapachem historii i wilgoci. I pewnie, gdyby miało jeszcze dostęp do jeziora, mogłoby spokojnie konkurować z malutkim, liczącym zaledwie 6 tysięcy mieszkańców miasteczkiem Mandello, gdzie wiernie pozostało moje serce, i o którym pisałam już w pierwszej części swojej włoskiej fotorelacji.... Z resztą, porównajcie sobie sami, klikając o tu. :)
Tymczasem, szykujcie się już na trzecią, ostatnią część mojej włoskiej fotorelacji - uwaga! - będzie baaardzo smakowicie! ;)
Buongiorno, Kochani! :) Człowiek tak szybko przyzwyczaja się do dobrego. Dlaczego więc, wszystko, co dobre, szybko się kończy?
Przecież mogłabym już na zawsze być zbudzaną o świcie operą ptasich tenorów,i odsłaniając rolety, widzieć za oknem, skąpaną w promieniach lombardzkiego słońca, gładką taflę jeziora, okalaną szczytami gór.
Kiedy wszyscy jeszcze śpią, na paluszkach w kuchni, zaparzać w kawiarce pierwszą kawę i o 7 na zegarze wyruszać rowerem do piekarni, po świeże bułeczki na wspólne śniadanie.
Jeść na okrągłą prawdziwą prosciutto crudo di Parma, cieniutką jak papier pizzę i najlepsze, włoskie sery, którym nigdy nie dorównają te z promocji w lidlu. Codziennie do obiadu i kolacji pić musujące, białe wino...
Leniwe poranki spędzać na molo, przy malutkiej plaży, popołudniami włóczyć się wąskimi uliczkami liczącego 6 tysięcy mieszkańców Mandello, a potem godzinami płynąć statkiem na drugą stronę jeziora, podziwiając przybrzeżne wille włoskich bogaczy... ...i marzyć, marzyć, że pewnego dnia, jeden z tych mniejszych, skromniejszych domków przy brzegu jeziora Como, będzie kiedyś mój. I zostanę tam na zawsze.
Pogoda doskonała, długi weekend trwa, a na domiar dobrego właśnie rozpoczął mi się urlop. ;) Grzechem byłoby nie skorzystać i...nie urządzić grilla! Jeśli jeszcze nie rozpoczęliście sezonu grillowego - koniecznie nadróbcie to dziś lub jutro (a najlepiej i jutro i dziś! ;)). A poza standardową kiełbaską z musztardą czy zamarynową wczoraj piersią z kurczaka, zaskoczcie swoich gości truskawkową, lekką sałatką...w słoiku! :)
Przygotowanie takiej sałatki jest banalnie proste, a efekt, jak widać, wprost rewelacyjny. ;) Wystarczą tylko trzy składniki, by w kilka minut mieć takie słoiki! Dressing to już kwestia gustu, u mnie był miodowo-musztardowy, choć sos balsamiczny chyba zrobiłby lepszą robotę. :) Uwaga! Zdjęcia nie zawierają lokowania produktu! ;)
Sałatka ztruskawkami, fetą i rukolą /7 średnich słoiczków, lub takich, jak na zdjęciu, duże, małe itp./
400 g truskawek, umytych, odszypułkowanych
opakowanie sera typu feta (u mnie półtłusty)
rukola
dressing miodowo-musztardowy:
6 łyżek oliwy z oliwek
3 łyżki miodu
3 łyżki soku z cytryny
3 łyżeczki musztardy
ew. sól i pieprz do smaku ( w przypadku bardzo ostrej musztardy, można pominąć)
+ czyste, umyte słoiczki W słoiczkach, warstwami układać: rukolę, 2 truskawki i pokruszoną fetę - czynność powtórzyć, aż do napełnienia słoiczka. Składniki sosu wymieszać, sałatkę polewać nim bezpośrednio przed podaniem i jedzeniem. :) Tak przygotowaną sałatkę można również przechowywać w lodówce lub, po zakręceniu wieczkiem słoika - zabrać ze sobą na piknik! :)
Jak to możliwe, że mamy już czerwiec, pierwsze polskie truskawki po 5,99 za kg i dokładnie za tydzień będę jeść prawdziwą, włoską pizzę gdzieś nad jeziorem Como? Czas leci nieubłaganie, już lato stoi u drzwi, już ledwo oddychamy przy 30 stopniowym upale. Najprzyjemniejsze są jednak te wczesne wieczory, późne popołudnia, spędzone w gronie najbliższych, przy wspólnej rozmowie, stole i zawieszonym w dusznym powietrzu czasie. Chwile ulotne jak motyle, najlepiej smakują przy kawałku domowego, drożdżowego ciasta i kubku kawy z mlekiem... Smakują najlepiej, gdy wszyscy jesteśmyrazem.
Ciasto drożdżowe z truskawkami i kruszonką to dla mnie taki domowy smak dzieciństwa. To zapowiedź lata, oddech wakacji, słodycz beztroski w jednym kawałku ciasta. Absolutnie puszyste i mięciutkie. Wyrośnięte, nie suche, a delikatnie wilgotne od owoców, hojnie osypanych chrupiącą kruszonką... Można zjeść jeden kawałek - można zjeść cztery - nigdy nie będzie się miało dość. Bo czy można mieć dość lata? :)
Najfajniejsze w robieniu tego ciasta jest to, że możemy je zagnieść i zapomnieć o nim na 3 godziny, kiedy będzie wyrastać...w lodówce! Potem już od razu można je upiec i zjeść. :)
Ciasto drożdżowe z truskawkami i kruszonką /duża blacha 23x30 cm lub duża kwadratowa, u mnie 24x24, ale mogłam użyć większej bo ciacho mocno wyrosło, a potem trochę opadło na środku, bo nie miało wystarczająco miejsca, by rosnąć :(.../
1/4 szklanki śmietany 18%
35 g świeżych drożdży
100 g cukru
łyżka cukru wanilinowego
2 jajka + żółtko
500 g mąki
125 ml ciepłego mleka
125 g roztopionego masła
truskawki - tyle, ile się Wam zmieści na cieście :)
kruszonka:
120 g mąki pszennej
65 g cukru
10 g cukru wanilinowego
70 g masła (zimnego)
Ze śmietany, pokruszonych drożdży i łyżki cukru robimy zaczyn - odstawamy na 20 minut, aż zacznie bąbelkować i lekko wyrośnie. Jajka ucieramy z cukrem i cukrem wanilinowym, odstawiamy. Do dużej miski przesiewamy mąkę, dodajemy utartą przed chwilą masę jajeczną, wyrośnięty zaczyn drożdżowy, roztopione i przestudzone masło i mleko - wszystko ze sobą mieszamy, a potem dokładnie wyrabiamy na gładkie, elastyczne ciasto (ciasto będzie bardzo miękkie i miło się z nim współpracuje :)). Ciasto przekładamy do miski, przykrywamy folią i odstawiamy do lodówki na 3 godziny, do wyrośnięcia. W tym czasie przygotowujemy kruszonkę - łączymy jej składniki, rozcierając je między palcami i tworząc duże grudki - wkładamy do lodówki, żeby trochę stwardniały (dzięki temu, kruszonka będzie bardziej chrupiąca). Wyrośnięte ciasto jeszcze raz lekko zagniatamy i przekładamy do wyłożonej papierem do pieczenia formy - ciasto będzie trzeba rozciągać rękami po dnie foremki, by równomiernie je ułożyć. :) Na wierzchu ciacha, gęsto układamy truskawki (najlepiej pokrojone na pół, lub na plasterki) i wszystko posypujemy schłodzoną kruszonką. Ciasto pieczemy w 180 stopniach, przez 60 minut.
Wiecie, co to jest ''cheat day''? O takim zjawisku mówimy, gdy na co dzień, jedząc zdrowo (bądź stosując jakąś dietę), pozwalamy sobie raz na jakiś czas (np. jeden dzień w miesiącu/tygodniu) na jedzenie wszystkiego, co ogólnie przyjęte za niezdrowe, wysokokaloryczne i tuczące. I to nie w symbolicznych ilościach, a takich które znacznie przekraczających nasze całe, dzienne zapotrzebowanie! Myk polega na tym, że jeśli zazwyczaj jemy zdrowo i grzecznie - nasz organizm nawet nie połapie się, że nagle pochłonął dwa razy więcej kalorii, niż potrzebuje. Czemu by więc nie skorzystać, i trochę zaszaleć? ;)
W moim dziennym menu, czasem pozwalam sobie na jakiś jeden ''cheat meal'', czyli trochę niezdrowy, wysokokaloryczny posiłek (jak np. słoik Nutelli, duża czekolada Milka). W komentarzach pod poprzednim, czwartkowym wpisem padł pomysł kontrolowanego ''cheat day''. Pomyślałam, czemu nie? Menu miało być jednak (w miarę) zdrowe, więc... - są NALEŚNIKI, ale orkiszowe i z twarogiem! - jest PIZZA, ale pszenno-żytnia! - są LODY, ale jogurtowe! - jest MASŁO, ale orzechowe! - są TŁUSZCZE, ale te zdrowe, z orzechów! - i jest ALKOHOL, ale usprawniające trawienie wino! ;)
to co, gotowi zobaczyć moje niecałe 5000kcal? :)
Śniadanie: naleśniki orkiszowe (z połowy TEGO przepisu) z twarożkiem domowym (200g), truskawkami, chałwą waniliową (80g) i konfiturą truskawkową (20 g) - ok. 950 kcal
II śniadanie: garstka nerkowców (20g), napój energetyczny Red Bull - ok 270 kcal
Obiad: trochę ponad pół domowej pizzy na pszenno-żytnim cieście, z kozim serem, salami, papryką, pomidorowym sosem i rukolą + pół litra różowego wina półsłodkiego - ok. 1400 kcal
Podwieczorek: porcja lodów jogurtowych (100g), mała brzoskwinka (wkrojona do lodów) - ok. 250 kcal
Kolacja, po 20 godzinie: słoik masła orzechowego (350g) - ok. 2100 kcal
''Alicja nagle zauważyła pod stolikiem małe, szklane pudełeczko. Otworzyła je i znalazła w
środku ciasteczko z napisem: zjedz mnie, pięknie ułożonym z rodzynków. - Dobrze, zjem to ciastko - rzekła Alicja. - Jeśli przez to urosnę, to dosięgnę kluczyka,
jeśli zaś jeszcze bardziej zmaleję, to będę mogła przedostać się przez szparę w
drzwiach. Tak czy owak, dostanę się do ogrodu, a reszta mało mnie obchodzi.
Odgryzła kawałek ciastka i czekała z niepokojem, trzymając rękę na czubku głowy,
aby zbadać w ten sposób, czy rośnie czy też maleje. Przekonała się jednak ze
zdziwieniem, że jest nadal tego samego wzrostu. Co prawda zdarza się to zwykle
ludziom jedzącym ciastka, ale Alicja przyzwyczaiła się tak bardzo do czarów i
niezwykłości, że uważała rzeczy normalne i zwykłe - po prostu za głupie i nudne. Jeszcze parę kęsów - i po ciastku.''
-Lewis Caroll, Alicja w Krainie Czarów
Okazuje się bowiem, że można jeść wszystko i nie tyć - a już na pewno nie od razu i nie w oka mgnieniu. Czym jest bowiem życie pełne lęków, wątpliwości i wyrzeczeń? Wszystko jest dla ludzi, no i przecież ''zakazany owoc'' zawsze smakuje lepiej. Nawet, jeśli jest z pozoru kalorycznym, rujnującym naszą dietę ciastkiem. Lub uroczą babeczką. ;) Po której zjedzeniu...nie dzieje się zupełnie nic. Poza uczuciem radości z pysznego jedzenia. :)
Muffiny z borówkami, to pyszne, bardzo sycące babeczki wzbogacone mąką kukurydzianą nadającą im śliczną, złocistą barwę. Pięknie pachną wanilią, a ich wierzch przyjemnie chrupie pod zębami dzięki słodkiej, cukrowej skorupce. Słodycz muffinek przełamują kwaskowate borówki... Trudno się im oprzeć! :)
Genialny przepis jest od Marthy Stewart Muffiny kukurydziane z borówkami /6 standardowych muffinek/ (wartość energetyczna 1 babeczki - ok. 300 kcal)
165 g mąki pszennej
60 g mąki kukurydzianej
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
100 g masła, miękkiego
80 g cukru
łyżka cukru wanilinowego
1,5 łyżki miodu (zastąpiłam syropem klonowym)
80 ml mleka
1 duże jajko
pół szklanki borówek (ok. 70 g)
cukier do posypania muffinek, u mnie wanilinowy
Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Formę do pieczenia babeczek wyłożyć papilotkami.
W misce zmiksować masło z cukrami i miodem. Ciągle miksując, dodać jajko.
W drugiej misce wymieszać mąkę pszenną z kukurydzianą oraz z proszkiem do pieczenia.
Dodać suche składniki do mokrych, lekko wymieszać i dodać mleko, po czym dokładnie wymiesać na jednolitą konsystencję. Ciasto będzie dość gęste. Na koniec dodać borówki i delikatnie wmieszać je w ciasto (jeśli będą świeże i jędrne nie powinny nam popękać przy mieszaniu :) ).
Ciasto nakładać do pełna papilotek. Palcem zanurzonym w wodzie, wygładzić wierzch każdej babeczki, po czym posypać każdą z nich cukrem. Piec muffinki przez 20-25 minut, aż zrobią się złociste, a patyczek w nie wetknięty będzie suchy. :)
To już przedostatni wpis z mojego blogowego cyklu ''Co jadłam w czwartek?'', w którym pokazuję Wam, co dokładnie zjadłam w ciągu całego, czwartkowego dnia. :) Od niespełna dwóch miesięcy, staram się mieścić w diecie do 2500 kcal, co na bieżąco przypłacam nie mieszczeniem się w kolejne spodnie.. ;)
I teraz...UWAGA!
Jako, że bardzo często macie najróżniejsze zastrzeżenia co do tego, co jem (jakościowo i ilościowo), proponuję Wam małą zabawę w...mojego dietetyka! ;) Za tydzień po raz ostatni opublikuję swoje czwartkowe menu - UŁÓŻCIE JE DLA MNIE! :) Skomponujcie idealne, według Was, dzienne menu, odpowiednie dla normalnej, zdrowej osoby (a najlepiej kobiety, w moim wieku ;)). Najciekawszą z propozycji wybiorę i...w całości zrealizuję! :) Zjem wszystko z wybranego menu i - oczywiście - zaprezentuję w zdjęciach na blogu! Propozycję menu piszcie w komentarzach pod tą notką. :) Jestem pewna, że macie jakieś świetne pomysły. <3
Co do dzisiejszego menu...poniosło mnie trochę przy śniadaniu. Zazwyczaj, przygotowując je, odmierzam sobie w kuchni ''porcję'', kładąc je potem na talerz, by orientacyjnie wiedzieć, ile zjadłam. Dziś pozwoliłam sobie na odrobinę ''swobody'' i robiąc śniadanie w postaci niewinnych placuszków (bez dodatków to jedynie 300 kcal!) podałam do nich, poza wydzieloną porcją jogurtu greckiego (150g), słoik masła orzechowego oraz kremu czekoladowego, licząc na swoją rozwagę (oczywiście, ważąc uprzednio słoiki z zawartością... ;)) W rezultacie, zjadłam wszystko, co pozostało w słoiku po maśle orzechowym (80g) oraz nieumiarkowanie sięgałam po kolejne łyżeczki czekoladowego kremu (70g)... I tak, na pozór skromne śniadanko, zamieniło się w bombę kaloryczną o wartości 1400 kcal... Można? Można. ;)
Śniadanie: placuszki na maślance, z truskawkami (300 kcal) + jogurt grecki (150g) + masło orzechowe (80g) + krem czekoladowo-orzechowy (70g) + maślanka truskawkowa do picia (150ml) = ok. 1400 kcal
Obiad: filet z kurczaka (150 g) smażony w curry, warzywa na patelnię (250 g), keczup (70 g) - ok. 500 kcal
Podwieczorek: batonik twarogowy z kakao i kawałami czekolady w polewie kakaowej (przepyszny! <3) - ok. 150 kcal