środa, 24 lutego 2016

Moja METAMORFOZA - życie z anoreksją vs. życie bez choroby. Część II

Wiecie już, z pierwszej części tygodniowego cyklu o zaburzeniach odżywiania (KLIK) skąd w naszym życiu pojawiają się takie choroby jak anoreksja i bulimia.
Dziś, na podstawie własnych zdjęć, pragnę pokazać Wam, jak skrajnie wyglądają dwa, odmienne światy:

(Nie)życie z anoreksją kontra Życie wolne od choroby
część II
 1. Życie bez anoreksji to NIE tylko zmiana wyglądu - choć zdrowe, ładniejsze (serio, czy komuś podobają się te wystające żebra?) ciało rzuca się w oczy na pierwszym miejscu. Mimo, że różnica na tych zdjęciach to ok. 10 kg, właśnie z obecną wagą czuję się prawdziwie piękna, zdrowa, silna, szczupła (!) i...szczęśliwa. :)


 2. To zaskakujące, ale mimo skrajnego wychudzenia, osobom z zaburzeniami odżywiania wciąż wydaje się, że ich brzuch jest strasznie wielki - uwierzycie, że na tym zdjęciu po prawej, poniżej, jestem wciąż niezadowolona ze swojego odbicia, a mój brzuch wydaje mi się - tak! - gigantyczny?
Życie z anoreksją to zaburzony obraz własnego ciała. To nieustanne sprawdzanie i kontrola każdego skrawka swojej skóry, w poszukiwaniu wyimaginowanego tłuszczu. To NIEPRAWDZIWE i OSZUKANE spostrzeganie własnej osoby - im chudsze jesteśmy, tym bardziej niewyraźnie siebie postrzegamy.
To działa w obydwie strony - z każdym dodatkowym kilogramem, świadomiej dostrzegamy, jak wciąż chude jesteśmy i ile jeszcze brakuje nam do ''normalności''. Obraz przestaje być przekłamany, logiczne myślenie powraca. Życie bez choroby to radość ze swojego wyglądu - na poniższym zdjęciu z lutego 2016, zobaczcie, jak teraz  - bez chorobliwego wstydu i nienawiści do siebie - ubieram się na weekendowe imprezy. :)
3. Życie bez anoreksji, to świadomość...swojej kobiecości! Anorektyczki uciekają w chorobę, bo jest to ich odpowiedzią na lęk przed dorosłością. Chcą na zawsze pozostać - mentalnie i fizycznie - w ciele dziecka, które nie musi za nic odpowiadać.
To bardzo tchórzliwe podejście! Dorosłość to nie tylko odpowiedzialność - to również możliwość samodzielnego podejmowania decyzji, zarządzania swoim życiem, wybierania dróg, którymi chcemy podążać, by móc osiągać to, czego najbardziej pragniemy.
To możliwość realizacji marzeń!
 4. Będąc chorą...uwielbiałam fotografować chwilę, w których jem wyjątkowo dobre dania. W sumie...do dziś się nic nie zmieniło! ;)
Jednak wtedy, zjadając takiego naleśnika (w ramach obiadu), jak na zdjęciu poniżej, zazwyczaj nie jadłam już nic do końca dnia.  Tę całą (!)włoską pizzę, zapitą półwytrawnym, białym winem, zjadłam na kolację o godzinie 20(!), na wakacjach we Włoszech. Ah, ten śródziemnomorski klimat... ;)
Życie bez choroby, to jedzenie ile się chce i kiedy się chce - bez żadnych ograniczeń!
To radość płynąca z jedzenia - tak właśnie smakuje wolne życie! :)
 Anoreksja sprawia, że najbardziej...lubimy jadać w samotności. Niestety też, często w zaburzeniach odżywiania, po tygodniach głodowania, zdarzają się tzw ''napady'' na jedzenie, nierzadko zakończone epizodem bulimicznym. Na zdjęciu poniżej, moja kuzynka uchwyciła mnie w momencie jednej z moich 'uczt'.
Tego tosta jadłam zaraz po obfitym objedzie, składającym się z 6 naleśników - słoiczki stojące na stole to właśnie pozostałość po obiedzie - wciąż czując nienasycenie, wsmarowuje kolejne, słodkie smarowidła w kanapkę.
Spójrzcie tylko na moje uczucie spięcia na twarzy - naprawdę jedzenie w towarzystwie innych osób było wtedy ciężkie do zniesienia...
Kiedy jesteś zdrowy i wolny od zaburzeń odżywiania - jedzenie z przyjaciółmi lub rodziną to jedna z najmilszych chwil w ciągu dnia! :) Przestajesz się izolować, a czas spędzony wspólnie przy posiłku na rozmowach i uśmiechach, nie tylko sprawia, że jedzenie smakuje lepiej, ale też...zacieśnia Wasze więzi! :)
Wiecie, jakie dobre są chorwackie kalmary? :)

5. Selfie - któż nie jest ich mistrzem? ;)
Otóż...osoby z zaburzeniami odżywiania!
Mogą sobie robić zdjęcia wychudzonych ciałek i wstawiać je na instagram, dostając (o zgrozo!) miliony lajków, jednak ich twarze nigdy nie będą wyrażać prawdziwej, beztroskiej radości.
Smutek wymalowany w oczach najmocniej ujawnia to, co siedzi w środku.
Na nic instagramowe filtry i photoshopy.
Zmiana musi zajść w nas samych - w naszym 'self'.  
Dopiero wtedy robienie 'samoróbek' stanie się prawdziwą frajdą ! :)
Będąc chorą, wciąż zastanawiałam się, czemu moja twarz jest taka ponura - anoreksja odbiera nam szczerą, naturalną, wewnętrzną radość, a przynosi....pustkę! 
 Dziś, nawet jeśli robię sobie ''selfie'' w łazienkowym lustrze, to tylko po to, by trochę się powygłupiać! :)



 
 6. Ubrania! Najpierw chudniemy po to, by zmieścić się w wymarzone ubrania. W konsekwencji...wszystkie, najładniejsze ubrania w sklepie są na nas za duże! Nawet tajemniczy (historia głosi, że niektórzy taki noszą) rozmiar ''0'' czyli 32, wisi na nas jak na wieszaku. W niczym nie wyglądamy dobrze, zdrowo, a już na pewno nie seksownie. Z zakupów wracamy... z niczym! 
Życie z anoreksją odbiera nam nawet taką prozaiczną radość, jak radość z zakupów...

 Dziś znów uwielbiam chodzić po sklepach! I wiecie, jaki mam teraz ''problem''? We wszystkim...wyglądam dobrze!  ;) Już niebawem, znów wyjście na zakupy będzie dla Was jedynie dylematem pomiędzy bluzką a bluzeczką z odsłoniętymi ramionami. :) 

7. Skoro jesteśmy przy zakupach...sukienki! :) W końcu można wyglądać w nich tak, jak należy. :)
Wiecie, że w Mediolanie, na mój widok w tej czerwonej sukience, wołali ''Angelina Jolie''? ;)

8. Przyjaciele - anoreksja odbiera ich wszystkich. Niszczy więzi, czyni nas samotnymi, zamyka we własnym,chorym świecie, w którym nie ma miejsca dla innych ludzi...
Powyższe zdjęcie było wykonane przed nawrotem choroby...już rok później anoreksja zbudowała mur dzielący mnie od najlepszych przyjaciół...

...jednak zdrowe życie, bez choroby, pozwala zburzyć ten mur! :)




9. Sport - życie z chorobą ma do niego specyficzne podejście. Z jednej strony, osoby chore ćwiczą jak szalone do utraty tchu - z drugiej zaś...nie mają w sobie ŻADNEJ siły na uprawianie jakiegokolwiek sportu.
Każdy wysiłek fizyczny traktowany jest w kategoriach choroby - by spalić kalorie. 
Dopiero będąc zdrowym, można w końcu cieszyć się z ulubionych dziedzin sportowych.
W końcu nie jest to przykrą obsesją, a prawdziwą przyjemnością! :)

10. Pasje. Oczywiście, nadal uwielbiam piec i gotować - jednak kiedy powstawała Tęcza w słoiku, zjedzenie publikowanych przeze mnie dań, było stałym liczeniem kalorii i obliczaniem, na ile jedzenia w ciągu dnia mogę sobie jeszcze pozwolić. Dziś, kiedy anoreksja jest już daleko stąd, uwielbiam nie tylko przyrządzać wspaniałe dania - nie mogę się oprzeć, by zaraz odkryć ich smak! Kosztowanie i próbowanie wszystkiego łyżeczką jest u mnie na porządku dziennym. :) Odkrywanie nowych smaków, miłość do jedzenia - to wolność, którą da Ci tylko życie bez choroby. :)

11. Rodzina - anoreksja nie tylko niszczy przyjaźnie, ale tez najsilniejsze, rodzinne więzi. I choć moja mama zawsze była przy mnie, to choroba wykańczała nie tylko mnie - z każdym dniem widziałam,
jak ciężko jej bezsilnie obserwować moją powolną śmierć...
Bez jej wsparcia, moja walka nic by nie znaczyła - i choć nie było łatwo - dziś uwielbiam patrzyć na jej prawdziwy, szczęśliwy uśmiech bez trosk. Bez trosk o moje zdrowie, o życie.
Choroba niszczy wszelkie, rodzinne relacje - jest sprawcą każdej kłótni, płaczu, złych emocji...
Gdy jestem zdrowa, wiem, że nie krzywdzę nie tylko siebie - ale też moich najbliższych. :)

11. Odwracanie się tyłem...do zdjęć. ;)
 Gdy byłam chora, bardzo często stawałam tyłem do zdjęcia, odwracając twarz od obiektywu.
Właściwie nie lubiłam zdjęć, obawiałam się, że fotografujący uwieczni mnie właśnie taką, jakiej za wszelką cenę nie chciałam siebie widzieć - chudej i brzydkiej.
Dziś, kiedy staję tyłem do zdjęcia, to tylko dlatego, że...przede mną, otworem, stoi piękny, wspaniały świat, 
który pragnę chłonąć, odkrywać, poznawać, brać.
Świat, którego częścią jestem. 





a Ty, który świat wybierzesz?


poniedziałek, 22 lutego 2016

Anoreksja i Bulimia - WRÓG u bram - skąd przybywa? Część I

Zgodnie z zapowiedzią, jaka ukazała się kilka wpisów temu na blogu (KLIK), od dziś, wraz z Cukrową Wróżką rozpoczynamy cykl postów poświęconych tematyce zaburzeń odżywiania.
Ostatni tydzień lutego, co roku ogłaszany jest jako ED awareness week - czyli tydzień uświadamiający problematykę chorób takich jak anoreksja i bulimia. 
Nie przypuszczałam, że akcja będzie cieszyć się aż takim zainteresowaniem - otrzymałyśmy od Was naprawdę dużo wiadomości, na które starałyśmy się odpowiadać najlepiej, jak tylko umiałyśmy. 
Owa akcja stała się też idealnym powodem do podzielenia się (w końcu!) z Wami historią piekła, przez które przeszłam, a o którym mówić...ba - krzyczeć! - chciałam już dawno.

Ku świadomości, ku przestrodze, ku pomocy.
Ku odnalezieniu swej życiowej drogi do szczęścia. 

Teraz usiądź, weź głęboki wdech, kubek dobrej herbaty i przeczytaj.
Część 1
Anoreksja i Bulimia - WRÓG u bram - skąd przybywa?

Anoreksja i Bulimia - to nie tylko niechciany gość, to prawdziwy demon - wróg u bram naszego życia, który przybywa z zagadkowej krainy Nicości, absolutnie zawsze w niewłaściwym czasie i miejscu.
Od nas zależy, czy pozwolimy mu się beztrosko rozgościć na salonach naszego życia - czy już po chwili wyrzucimy drania za drzwi.
Choć najlepiej byłoby zawczasu zaryglować wszystkie zamki, nie zawsze jest to takie proste.
Jak więc odesłać z powrotem kogoś, kogo pochodzenia nie znamy?

Gościu, (niemiły)gościu, skąd przybywasz?
Anoreksja i bulimia to choroby, których czynniki wywołujące nigdy nie są jednoznaczne i takie same. 
Zaburzenia odżywiania to nie grypa, tu nie powiesz, że złapałeś wirusa, wystarczy kilka gripexów i po sprawie.
Właściwie, ile osób chorych, tyle różnych powodów zachorowań - każda historia jest zupełnie inna i indywidualna. 
Jedno jest jednak wspólne - problem zawsze leży w Naszej psychice, więc tylko od Nas zależy, czy zechcemy z nim zawalczyć, zmieniając tym samym swoje myślenie.

Trochę mądrości, garść faktów
Ostatnimi czasy panuje straszna (wręcz przerażająca!) moda na tzw. ''fit lifestyle'', czy też po prostu bycie fit/szczupłym.
Dla osób przesadnie skupionych na swoim wyglądzie może się to okazać prostą drogą ku zaburzeniom odżywiania i niepozorne 'odchudzanie' czy po prostu 'dbanie o formę', to jedne z najbardziej popularnych motywów prowadzących do anoreksji i bulimii. 
Jednak za tym jednym motywem kryją się setki innych, poważnych problemów.

Według różnych mądrych książek, psychologów i internetu, główne (i najczęstsze) czynniki wywołujące zaburzenia odżywiania, możemy podzielić na dwa sposoby.  
Na poniższych obrazkach, zobaczcie sobie, jak to dokładnie wygląda. 
Zazwyczaj jednak, przedstawione czynniki występują jednocześnie, nakładając się na siebie, co z początku utrudnia precyzyjne określenie źródła problemu. 


Cichy zabójca - czyha na swoją ofiarę 
W moim przypadku właśnie tak było - prawie wszystko na raz.
Miałam 11 lat, gdy anoreksja mnie ''dopadła'' po raz pierwszy.
Zawsze lubiłam jeść (głównie ciasta!), lecz nigdy nie byłam gruba, nie miałam nawet minimalnej nadwagi.
Jednak lawina sytuacji, które wtedy na mnie spadły, sprawiły, że byłam dla choroby bezbronnym, łasym kąskiem.
Zmiana miejsca zamieszkania, przeprowadzka do innego miasta, drugi mąż mojej mamy, zmiana szkoły, nowe środowisko, nowi ludzie, całkowita utrata kontaktu z dawnymi przyjaciółmi.
Do tego dokuczliwe komentarze starszego brata, który lubił wytykać mi kolejną, zjedzoną kanapkę czy kawałek ciasta, przezywając mnie ''dla żartu'' - grubą (każdy wie, jakie są dzieci...).
Zaczęłam coraz krytyczniej przyglądać się sobie.
W lipcu 2001 zamiast wyjazdu na wymarzone kolonie we Włoszech z kuzynką, większą część wakacji spędziłam w domu.
Jednak to nie miało popsuć mi planów - to miały być najlepsze wakacje w moim życiu!
Będąc absolutną perfekcjonistką od dziecka, zawzięcie postanowiłam, że schudnę i udowodnię wszystkim, że mogę być szczupła, piękna i szczęśliwa - błyszcząc swą nową figurą w stroju kąpielowym, choćby na osiedlowym, miejskim basenie...
Chciałam mieć kontrolę i w końcu ją znalazłam!
Nie wiedziałam wtedy jeszcze, jak bardzo było to złudne...
Uśpiona bestia - przebudzenie
Po trzech latach zaciekłej walki o zdrowie (i życie!) w szpitalach, pod nadzorem psychologów, specjalistów, terapii, setek kroplówek, wypitych nutridrinków, odżywek oraz sondy, która wlewała we mnie pokarm przez nos - doszłam w końcu 'do siebie'.
W zasadzie, końcówka gimnazjum i cały okres liceum, to czas, w którym zjedzenie na szkolnej przerwie kilku(!) snickersów, a potem 10 naleśników z nutellą na obiad - nie stanowiło żadnego problemu.
I pewnie byłoby tak po dziś dzień, gdyby choroba nie znalazła sobie kolejnej furtki, by na nowo wtargnąć do mojego życia...
Tym razem na dłużej. I poważniej.

Skończyłam szkołę, wyprowadziłam się z domu. Do innego miasta, do nowego mieszkania, z dala od rodziny.
Zmieniłam środowisko, nikogo nie znałam, najlepsi przyjaciele wyjechali za granicę.
Czułam się kompletnie zagubiona.
Na rozpoczętych, psychologicznych studiach chciałam być najlepsza.
I zerwałam z chłopakiem.
Pragnęłam wszystkim udowodnić, że jednak dam radę.
I będę mieć kontrolę nad wszystkim.
Powtórka z rozrywki?
Anoreksja tylko na to czekała...
Chcesz zwalczyć wroga? Poznaj jego słabości!
Bardzo ważne jest odkrycie czynnika, wywołującego chorobę.
Świadomość tego pozwala skupić się na faktycznym problemie, jakim z pewnością nie jest powtarzane jak mantra, zakłamane zdanie ''Jestem gruba.''. 
Rozpoznanie wroga to klucz do sukcesu!
Na spokojnie wycisz się, zastanów i pomyśl o tym, co sprawia, że się denerwujesz, czy stresujesz.
Znajdź to i...uderz w swego prawdziwego wroga - którym na pewno nie jest Twoje piękne, wspaniałe ciało!
Jak odnaleźć siłę i motywację do walki?
Jak wyrwać się z zaklętego kręgu anoreksji?
Jak poradziłam sobie z tym ja i jaką przeszłam metamorfozę?
O tym już niebawem w kolejnych częściach cyklu ED awareness week.

niedziela, 21 lutego 2016

Smoothie bananowe z masłem orzechowym - energia na start ;)

W moim życiu największymi dobroczyńcami okazały się 
podróże i sny.
Nikos Kazantzakis


Zaczęło się miesiąc temu, może dwa.
Niewyobrażalna potrzeba ucieczki, podróży, bycia w drodze.
Nosiło mnie, ściskało w środku i z utęsknieniem spoglądało na kolejne empikowe półki książek podróżniczych czy oferty tanich lotów gdziekolwiek.
Ulubionym zajęciem w przerwie od pracy, stało się notoryczne sprawdzanie pogody w Londynie i Glasgow, jakby od tego zależało więcej, niż wybór obuwia pomiędzy czarnymi butami za kostkę, a parą vansów. 
Promocja, impuls, zbieg wydarzeń.
Kupiłam bilet, nie jeden lecz trzy, a właściwie cztery, bo jeden na wymarzony koncert, gdzieś na drugim końcu londyńskiego przedmieścia.
Co z tego, że nie znam miasta, w metro zawsze miałam jakiegoś rozgarniętego przewodnika, a zgubić potrafię się nawet na wrocławskim rynku.
Postanowione, zakupione, lecę, jadę, gubię się i...
jestem przeszczęśliwa (i kompletnie nie rozumiem, czemu autokorekta podkreśla mi to słowo :D). :)
Poranki najchętniej spędzam w łóżku planując, marząc, śniąc...i czytając o alternatywach trasy z lotniska do centrum.
A, no i oczywiście jedząc pyszne śniadanie. 
Uwielbiam te niespieszne chwile, kiedy rano mam więcej czasu, by do jedzenia zrobić coś więcej niż klasyczne kanapki. 
Domowe, świeżo-zmiksowane, zimne smoothie chodziło za mną od dawna.
Mocno bananowe, z dodatkiem masła orzechowego, gęste i sycące... 
...wręcz śniadanie idealne!
Smoothie jest tak traściwe (i tak pyszne!), że właściwie samo w sobie może już stanowić odrębny posiłek.
No, chyba, że ktoś, tak jak ja, bez kanapek się rano nie obejdzie - wtedy niezastąpione są wafle ryżowe. ;)
Pyszne (i zdrowe!) śniadanie, głowa pełna planów, słońce za oknem, marzenia do spełnienia...czy można lepiej zacząć dzień? :)
Smoothie bananowe z masłem orzechowym
/1 duże smoothie - niecały słoik, jak na zdjęciach/
(wartość energetyczna napoju - ok. 500 kcal)
  • 1 duży, zamrożony (!) banan - banana mrozimy najlepiej dzień przed, lub ok 2 godz. przed zrobieniem koktajlu
  • 50 g masła orzechowego (najlepiej crunchy, z kawałkami orzeszków)
  • 200 ml zimnego mleka (u mnie 2%)
Składniki wrzucamy do dzbana blendera i miksujemy do momentu, aż zamrożony banan się zmiksuje, jednak nie za długo, by koktajl był odpowiednio gęsty. :)
Przelewamy do słoika/szklanki i pijemy na zdrowie. <3


                    

niedziela, 14 lutego 2016

Chałka z kruszonką - śniadanie z sercem


''(...) i będę mógł sobie kupić dużo książek i czytać je,
będę mógł wieczorami chodzić do taniego kina(...), 
a nocami będę słuchał deszczu spadającego na miasto.
I tak będzie aż do wiosny. 
I aż do wiosny nie będę do nikogo mówił o miłości.''
~ Marek Hłasko

Odkąd pamiętam, pasjami zakochiwałam się platonicznie.
Oczywiście najpierw byli to aktorzy i muzycy, ciut później fikcyjne postaci z filmów.
Kiedy miałam 7 lat, nocami rozpaczałam nad titanicową tragedią Leonardo DiCaprio, by już jako dziewięciolatka śnić o młodym Obi-Wanie Kenobi, walcząc na plastikowe miecze świetlne ze starszym bratem.
Z czasem zamieniłam swe obiekty na te bardziej rzeczywiste i na letnich koloniach lub szkolnych korytarzach, skrycie wprawiałam swe serce w palpitacje, a nogi w watę.
Swe uczucie powierzałam setkom zapisanych pamiętników, a potem sekretnym blogom z naiwnie pretensjonalną poezją. 
Potem przez długi czas potrafiłam utrzymywać się w swym błogim stanie zakochania, w zasadzie bez udziału osób drugich. 
Właściwie liczyło się samo, wypielęgnowane uczucie 'bycia zakochanym'.
Bo co sobie poczułam, to moje. 
Istniała jedna żelazna reguła platonicznych miłości - za żadne skarby nie wolno było ich konfrontować z rzeczywistością.
Wtedy czar pryskał, a wszelkie wyobrażenia podtrzymujące idyllę - zamieniały się w prozaikę codzienności. 
Chciałabym napisać, że tak zostało mi do dziś, ale czy uwierzylibyście, że 25-latka wciąż wierzy w bajki? ;)
Gdzieś po drodze, odkryłam, że efekt całkiem podobny do euforycznej dopaminy, przynosi tworzenie.
Więc pasjami zakochiwałam się platonicznie, a potem tworzyłam, pisałam krótkie książki, piosenki, blogi, grałam na gitarze, piekłam po nocach i fotografowałam. Potem trochę spałam i wstawałam o 6 w sobotę, by znowu na nowo.
Patrzeć, doświadczać, wdychać, czuć.
Zawsze móc czuć się absolutnie szczęśliwa.
Absolutnie zakochana.
W świecie, w sobie, 
w życiu.
I Wy, tak samo jak ja, zasługujecie, by ciągle siebie kochać i rozpieszczać - najlepiej zacząć już od rana - od pysznego śniadania! :) 
Co powiecie na taką kanapeczkę ze świeżutkiej, jeszcze ciepłej, puszystej chałki, popitej kubkiem gorącego kakao?
Założę się, że to śniadanie idealne, nie tylko w Walentynki. ;)

Chałka jest mięciusia i rośnie naprawdę wielka - starczy na kilka dobrych śniadanek, lub na jedno porządne dla dwóch osób.. ;)
Poza tym, ta kruszonka...upewnijcie się, że nie zniknie w pierwszej kolejności. ;)
Chałka z kruszonką
/jedna duża chałka/

  • 2 szklanki mąki pszennej 
  • 10 g świezych drożdży
  • 80 ml ciepłego mleka
  • 25 g cukru + 1 łyżeczka
  • 1 jajko + 1 żółtko
  • 2 łyżki roztopionego masła
  • 1/2 łyżeczki soli
dodatkowo:
  • 1 białko
  • kruszonka: 20 g masła, 30 g mąki, 25 g cukru - zagnieść składniki między palcami tworząc kruszonkę
W ciepłym mleku rozpuszczamy drożdże i mieszamy wraz z łyżeczką cukru i 1/2 łyżki mąki pszennej - odstawiamy w ciepłe miejsce na ok 10 minut, aż rozczyn 'ruszy' i ładnie się spieni i napuszy.
Do dużej miski przesiewamy mąkę, dodajemy cukier i sól, roztopione masło, jajko, żółtko oraz wyrośnięty rozczyn. Mieszamy i zagniatamy wszystko, aż ciasto będzie gładkie i sprężyste. Formujemy kulę i odstawiamy w ciepłe miejsce na 1,5 h do podrośnięcia. Po tym czasie, lekko zagniatamy ciasto, dzielimy na 6 części, z każdej robiąc wałeczek i zaplatamy chałkę (sposobów jest wiele, możecie to zrobić np. TAK)
Zaplecioną chałkę układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i pod przykryciem odstawiamy jeszcze na 30 minut do wyrośnięcia, w ciepłym miejscu.
Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni, chałkę smarujemy białkiem i posypujemy kruszonką.
Pieczemy w nagrzanym piekarniku ok. 25 minut, do ładnego zrumieniania. :)


            

poniedziałek, 1 lutego 2016

Pączki PANDY :)

Wczoraj to już historia, jutro to tajemnica. Ale dziś to dar losu. A dary są po to, żeby się nimi cieszyć.
Oogway, Kung Fu Panda

Tak sobie myślę, że nawet weekend przechorowany w domu ma swoje plusy.
Wiecie, można cały dzień bezkarnie przewracać się z boku na bok, 
i w skarpetkach typu frote, wędrować z kuchni do pokoju,
z pokoju do kuchni,
z wysokim kubkiem kawy,
popijając pączki,
które wyglądają jak pandy.

Jeśli kiedykolwiek przyjdzie Wam do głowy robić zdjęcia kubkowi z kawą, postawionemu bezpośrednio na pościeli - czym prędzej odrzućcie ten pomysł. 
No, chyba, że akurat macie w planie pranie kołdry, pościeli, kapy na łóżko, prześcieradła i futrzanego dywanika. 
Wierzcie mi, ja nie miałam.

Na blogu były już pączki z serka homogenizowanego, amerykańskie pączki donuts z dziurką oraz rewelacyjne pączki pieczone, które pokochaliście w zeszłym roku! :)
Wciąż jednak jakoś nie miałam odwagi zabrać się za te ''tradycyjne''.
Nadziane marmoladą, drożdżowe no i...-oczywiście- smażone.
Jednak...a co tam! - w końcu zrobiłam!

Nie byłabym jednak sobą, gdybym usmażyła, od tak, typowe pączki podobne do tysiąca innych dostępnych w supermarketach (choć, co prawda brak pożądanej, jasnej obwódki już je nieco odróżniał...).
Panie, Panowie - przed Wami urocze pączki - pandy! :)

Przygotowanie tych słodkich pand jest naprawdę proste, a efekt zaskoczy niejednego pączkożercę!
To co, ile takich misiów przygarniecie w Tłusty Czwartek? ;)

Pączki pandy
potrzebne Ci będą:
  • pączki (z dowolnego, ulubionego przepisu, ja robiłam z tego, mogą być też kupne, bez lukru)
  • baaardzo gęsty lukier królewski - jedno kurze białko + szklanka cukru pudru, w razie potrzeby dosypać, lukier ma być gęsty, prawie jak świeży cement, by łatwo można było go nakładać na pączki
  • ciasteczka Oreo - z nich robimy uszy, oczy i noski naszych pand :)
Wykonanie: jak na zdjęciach :)



                          
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...